|
Ten
wrześniowy wyjazd planowaliśmy z Bartkiem "od zawsze"
czyli... od poprzedniej wyprawy naszego teamu we wrześniu 2006. To
planowanie wyjazdu z Bartkiem polega na tym, że on serdecznie
zaprasza do siebie na "rzeź niewiniątek" do Klitmoller, Hanstholm,
Hvide Sande i innych wyjątkowo spokojnych miejsc, a my krajowa filia
VistulaSurf nie mogąc sobie odmówić przyjemności opróżnienia
zawartości jego duńskiej lodówki, zawsze z radością korzystamy z
tego zaproszenia. Pozostaje tylko wyczuć czułym "windsurfingowym
nosem" odpowiedni moment, pożegnać się z żonami i kochankami,
zapakować klamoty i w drogę.
Tym
razem jednak sam pozostałem na placu boju. Moi szanowni koledzy z
Teamu nie mogli ruszyć na pewną prognozę wiatru do DK. Są
usprawiedliwieni... czekali na listonosza... miał przynieść im renty i
emerytury...
Krótka
piłka! Nie chcąc jechać samemu, zaproponowałem mojemu synowi Radkowi
wycieczkę do Cioci i Wujka w Viborgu. Ten nie odmówił i nazajutrz
rankiem 6 września pożyczoną furą (dzięki Artur) ruszyliśmy z
Warszawy - NARESZCIE !!!
W
tym miejscu małe wyjaśnienie. Radek nie jest windsurferem. Pasjonują
go inne, nas nic nie obchodzące sporty, a ponieważ ich nazwy przez
gardło mi nie przejdą, więc klaki mu nie uczynię. Owszem, jako małe
pyskate pacholę miewał windsurfingowe epizody, ale bakcyla ostatecznie nie
złapał, a ja wyznając jedynie słuszną zasadę "nic na siłę"
temat uznałem raczej za zakończony. No chyba, że może jak popatrzy na
"duńskich wymiataczy"...
Do
granicy z Niemcami i przez same Niemcy przelecieliśmy jak Bartek przez
przybój. Szybko i bezpiecznie. Niestety tuż przed duńską granicą
niemieckie służby celne urządziły jakąś chorą obławę na
przemytników wódy, koksu, papierochów, emigrantów itd. więc i nas
poproszono o zjazd na parking do kontroli. Łapanka jak za okupacji! Ale spoko... naklejka
"VistlaSurf - lepiej sramy jak pływamy" otwiera wszystkie
szlabany!!! Po chwili byliśmy w Danii, a po kolejnych trzech chwilach
na miejscu w Viborgu. Małgosia, Igorek i Bartek powitali nas
serdecznie (a my ich) i obaj z młodym poczuliśmy się jak w domu. Późna
pora oraz zmęczenie drogą szybko dały znać o sobie, więc wrzuciliśmy
lekką kolację i poszliśmy spać. Rano mieliśmy wybrać spot...

7
września...
Prognoza
na Hanstholm. Na miejscu zastaliśmy słońce , ciepełko, wiatr 5 Bft
i fale do 2 m. Jak dla mnie idealnie na pierwszy dzień i rozruch
przed zapowiadanymi silniejszymi wiatrami. Wyszliśmy razem z Bartkiem.
On oczywiście dla towarzystwa, bo wiem, że normalnie na takie
lajtowe warunki pewnie by nie ruszył z domu. Było ok. Dzień
nawet się skończył "krwią na piasku". W przyboju rozwaliłem
nocha, sam nie wiem o co, ale dość skutecznie bo ślad - pamiątka z
Hanstholm na kichawie zostanie mi na zawsze! No... jak na pierwszy
dzień - nieźle!
Tymczasem
pod moją i Bartka nieobecność w domu, Mały Igor i Duży Radek
zostali już "starymi kumplami" i było już tak do końca
naszego pobytu. Czyli było wesoło! Igor każdego ranka wpadał do
naszej kwatery i robił nam pobudkę waląc prosto z mostu - per
"koniu" albo "leniu"! Szczególnie ta druga ksywka
nie mijała się z prawdą! :)
8
września...
Pojechaliśmy
do Hvide Sande. Były trzy powody. Po pierwsze - kierunek wiatru, po
drugie - jeszcze tam nie byłem, po trzecie - zawody wave z udziałem
duńskiej czołówki, a w kategorii juniorów z udziałem Michała
Dziewięckiego D-127. Nie mogliśmy zostawić kolegi z ekipy bez
dopingu! Wynik Michała zaskoczył nas wszystkich! Zajął drugie
miejsce na dziewięciu startujących! Brawo! A wiatr ? Wiatr
ciągle
się rozkręcał...
Potem
przyszła kolej na nas amatorów. Warunki były co najmniej hardcorowe. Wiatr na żagle max 4m2. Fale sięgały 4 metrów i załamywały
się często bardzo blisko brzegu. A do tego wyjście na prawym
halsie. Dla mnie mogiła. Nawet Bartek na początku miał problemy. Pewnym sposobem był start blisko falochronu gdzie woda była
bardziej przyjazna, ale była to zarazem strefa startowa zawodów. Założyłem
swój najmniejszy żagiel 4,3 (logistyka zawiodła). trochę za duży,
ale musiałem chociaż spróbować powalczyć. Skończyło
się kilkoma trójkątami i ślicznym przeszlifowaniem
deski aż do węgla. Ale nie szkoda. Zdobyłem kolejne cenne doświadczenia
i co najważniejsze uszedłem z życiem. Bartek po pewnym czasie
potrafił się zgrać z falami i pojeździł, ale jak sam przyznał na
próby konkretnych skoków tego dnia nie miał jaj. Potem zmęczeni
poszliśmy na falochron i ukryci w kamieniach na zawietrznej robiliśmy
fotki do galerii i filmowaliśmy akcje Duńczyków.
9
września...
Dzień
przerwy. Małgosia i Bartek zaproponowali wyjazd do
parku rozrywki SummerLand. Ponieważ Radek, Mały Igor, a szczególnie
ja, uwielbiamy
różne "karuzele" nie daliśmy się długo namawiać. Warto
było jechać tym bardziej, że to była ostatnia niedziela przed końcem
tutejszego sezonu na różne huśtawki. Po za tym była piękna
pogoda. Położony na wielu hektarach park zapewnia wiele różnych
atrakcji. Prawie wszyscy zaliczyli prawie wszystkie kolejki, rynny,
wagoniki, młynki, rampy oraz kręciołki...Było czadowo!

10
września...
Silniejsze
wiatry tego dnia wiały na południu Jutlandii, więc pojawiliśmy się
w Blavand. Wiatr cross offshore, raczej równy, na żagle ok. 5 i coś
m2. Z uwagi na kierunek falki były małe. Bardziej freeride niż wave.
Na spocie zastaliśmy ok. tuzina głównie "niemieckich" desek.
Razem z Bartkiem dołączyliśmy. Popływaliśmy kilka godzin
z małymi przerwami na papu i siusiu. Podsumowując było nawet
fajnie, ale po lekcji w Hvide Sande dwa dni wstecz, wręcz trochę
jakby nudnawo...

11
września...
Ponieważ
prognoza na ten dzień nie zapowiadała mocniejszych wiatrów, nasi
Mili Gospodarze zorganizowali nam wspaniałą wycieczkę na
najbardziej na północ wysuniętą część Jutlandii - do Skagen, gdzie bardzo słone
wody Morza Północnego spotykają się z mniej słonymi wodami cieśnin
duńskich i Bałtyku. Geograficznie bardzo ciekawe miejsce ze stojącą
na wjeździe monumentalną starą ale jeszcze czynną latarnią morską i
wieloma ruinami bunkrów z czasów ostatniej wojny, których tu na
wybrzeżach Danii wszędzie pełno. W drodze powrotnej przygotowali nam jeszcze jedną
turystyczną rewelację. Rubjerg Knude koło Lokken.
W Danii jest wiele urokliwych nadmorskich miejsc, ale
to jest szczególnie malownicze. Wysokie na kilkadziesiąt metrów piaszczyste,
poddane erozji klify z ruinami zasypanej latarni morskiej. Kiedyś
niewątpliwie runie ona do morza. Jeśli będziecie mieli kiedykolwiek
okazję to znajdźcie czas i zobaczcie Rubjerg Knude. Warto!

12
września...
Poranne
prognozy potwierdziły, że tego dnia będzie wiać bardzo mocno, Kierunek idealny na
Hanstholm. Na miejscu zameldowaliśmy się
dość wcześnie. Warunki były dokładnie takie jak obiecało
Windguru. Czterometrowe
fale i bardzo silny wiatr idealnie wzdłuż brzegu od wiatraków. Do
tego pełne słońce. Przeprowadziliśmy
wywiad na plaży i postanowiliśmy otaklować żagle
- 4,5 Bartek, a ja 4,3. Nim zeszliśmy na wodę jako
pierwszy z Duńczyków pojawił
się Lars Petersen ze swoim kumplem filmowcem (też świetnym windsurferem).
Korzystając z ekstra warunków i światła nagrywali akcje
Larsa. Oj, było na co popatrzeć! Lars to kozak! Zaprezentował cały
arsenał loopów i wszystkie trzaskał z maksymalnej wysokości. Na
brzegu pokazał też swój "tajny patent"
;) na piach w oczach. Odkąd buldożery zniszczyły trawę w Hanstholm po brzegu łazi w zwykłych
goglach narciarskich. Po południu zjechali pozostali najlepsi
Duńczycy m.in. Mads Bjona, Robert Sand, Kenneth Danielsen.
Przyjechali też Dziewięccy w składzie Adam + Adam z kajtem. No...cuda
działy się na morzu. Bardzo dobrze, że tego dnia ludzie byli w doskonałej
dyspozycji. Dzięki
temu z tej sesji udało się zrobić świetną mega galerię.
Bartek też "napatoczył mi się" na kilka fajnych fotek i będzie
miał co wspominać zimą przy kominku. A ja? No cóż... też walczyłem!
Owszem nie byłem aż tak dobry w te klocki jak Bartek, Lars, Mads i
inni goście...ale jak Świderski uzupełni zapasy jadła, a szczególnie
picia w lodówce, to tu jeszcze wrócę i na pewno będzie lepiej!

13
września...
To
co dobre szybko się kończy. Wiatr
ucichł. Dzionek ten był odpoczynkiem przed powrotem. Powłóczyliśmy się
trochę po ładnej starówce w Viborgu i ostatni dzień pomieszkaliśmy
z Małgosią, Bartkiem i
Igorkiem. Nazajutrz żal było wyjeżdżać.
Było
wspaniale. Bardzo Wam za to dziękujemy!
Darek
i Radek
Tekst
Darek
Firlej
|