................................................

  HOME

................................................

  NEWS

................................................

  GALLERIES

................................................

  VIDEOS

................................................

  SPOTS

................................................

  WEATHER

................................................

  LINKS

................................................

  TEAM

................................................

6-14 września 2007 - Trzeci wyjazd do Danii

 

Ten wrześniowy wyjazd planowaliśmy z Bartkiem "od zawsze" czyli... od poprzedniej wyprawy naszego teamu we wrześniu 2006. To planowanie wyjazdu z Bartkiem polega na tym, że on serdecznie zaprasza do siebie na "rzeź niewiniątek" do Klitmoller, Hanstholm, Hvide Sande i innych wyjątkowo spokojnych miejsc, a my krajowa filia VistulaSurf nie mogąc sobie odmówić przyjemności opróżnienia zawartości jego duńskiej lodówki, zawsze z radością korzystamy z tego zaproszenia. Pozostaje tylko wyczuć czułym "windsurfingowym nosem" odpowiedni moment, pożegnać się z żonami i kochankami, zapakować klamoty i w drogę.

 

Tym razem jednak sam pozostałem na placu boju. Moi szanowni koledzy z Teamu nie mogli ruszyć na pewną prognozę wiatru do DK. Są usprawiedliwieni... czekali na listonosza... miał przynieść im renty i emerytury...

Krótka piłka! Nie chcąc jechać samemu, zaproponowałem mojemu synowi Radkowi wycieczkę do Cioci i Wujka w Viborgu. Ten nie odmówił i nazajutrz rankiem 6 września pożyczoną furą (dzięki Artur) ruszyliśmy z Warszawy - NARESZCIE !!!

W tym miejscu małe wyjaśnienie. Radek nie jest windsurferem. Pasjonują go inne, nas nic nie obchodzące sporty, a ponieważ ich nazwy przez gardło mi nie przejdą, więc klaki mu nie uczynię. Owszem, jako małe pyskate pacholę miewał windsurfingowe epizody, ale bakcyla ostatecznie nie złapał, a ja wyznając jedynie słuszną zasadę "nic na siłę" temat uznałem raczej za zakończony. No chyba, że może jak popatrzy na "duńskich wymiataczy"...

Do granicy z Niemcami i przez same Niemcy przelecieliśmy jak Bartek przez przybój. Szybko i bezpiecznie. Niestety tuż przed duńską granicą niemieckie służby celne urządziły jakąś chorą obławę na przemytników wódy, koksu, papierochów, emigrantów itd. więc i nas poproszono o zjazd na parking do kontroli. Łapanka jak za okupacji! Ale spoko... naklejka "VistlaSurf - lepiej sramy jak pływamy" otwiera wszystkie szlabany!!! Po chwili byliśmy w Danii, a po kolejnych trzech chwilach na miejscu w Viborgu. Małgosia, Igorek i Bartek powitali nas serdecznie (a my ich) i obaj z młodym poczuliśmy się jak w domu. Późna pora oraz zmęczenie drogą szybko dały znać o sobie, więc wrzuciliśmy lekką kolację i poszliśmy spać. Rano mieliśmy wybrać spot...

 

 

 

7 września...

Prognoza na Hanstholm. Na miejscu zastaliśmy słońce , ciepełko, wiatr 5 Bft i fale do 2 m. Jak dla mnie idealnie na pierwszy dzień i rozruch przed zapowiadanymi silniejszymi wiatrami. Wyszliśmy razem z Bartkiem. On oczywiście dla towarzystwa, bo wiem, że normalnie na takie lajtowe warunki pewnie by nie ruszył z domu. Było ok. Dzień nawet się skończył "krwią na piasku". W przyboju rozwaliłem nocha, sam nie wiem o co, ale dość skutecznie bo ślad - pamiątka z Hanstholm na kichawie zostanie mi na zawsze! No... jak na pierwszy dzień - nieźle!

Tymczasem pod moją i Bartka nieobecność w domu, Mały Igor i Duży Radek zostali już "starymi kumplami" i było już tak do końca naszego pobytu. Czyli było wesoło! Igor każdego ranka wpadał do naszej kwatery i robił nam pobudkę waląc prosto z mostu - per "koniu" albo "leniu"! Szczególnie ta druga ksywka nie mijała się z prawdą! :)

 

 

 

 

8 września...

Pojechaliśmy do Hvide Sande. Były trzy powody. Po pierwsze - kierunek wiatru, po drugie - jeszcze tam nie byłem, po trzecie - zawody wave z udziałem duńskiej czołówki, a w kategorii juniorów z udziałem Michała Dziewięckiego D-127. Nie mogliśmy zostawić kolegi z ekipy bez dopingu! Wynik Michała zaskoczył nas wszystkich! Zajął drugie miejsce na dziewięciu startujących! Brawo! A wiatr ? Wiatr

ciągle się rozkręcał...

Potem przyszła kolej na nas amatorów. Warunki były co najmniej hardcorowe. Wiatr na żagle max 4m2. Fale sięgały 4 metrów i załamywały się często bardzo blisko brzegu. A do tego wyjście na prawym halsie. Dla mnie mogiła. Nawet Bartek na początku miał problemy. Pewnym sposobem był start blisko falochronu gdzie woda była bardziej przyjazna, ale była to zarazem strefa startowa zawodów. Założyłem swój najmniejszy żagiel 4,3 (logistyka zawiodła). trochę za duży, ale musiałem chociaż spróbować powalczyć. Skończyło się kilkoma trójkątami i ślicznym przeszlifowaniem deski aż do węgla. Ale nie szkoda. Zdobyłem kolejne cenne doświadczenia i co najważniejsze uszedłem z życiem. Bartek po pewnym czasie potrafił się zgrać z falami i pojeździł, ale jak sam przyznał na próby konkretnych skoków tego dnia nie miał jaj. Potem zmęczeni poszliśmy na falochron i ukryci w kamieniach na zawietrznej robiliśmy fotki do galerii i filmowaliśmy akcje Duńczyków.

 

 

 

 

9 września...

Dzień przerwy. Małgosia i Bartek zaproponowali wyjazd do parku rozrywki SummerLand. Ponieważ Radek, Mały Igor, a szczególnie ja, uwielbiamy różne "karuzele" nie daliśmy się długo namawiać. Warto było jechać tym bardziej, że to była ostatnia niedziela przed końcem tutejszego sezonu na różne huśtawki. Po za tym była piękna pogoda. Położony na wielu hektarach park zapewnia wiele różnych atrakcji. Prawie wszyscy zaliczyli prawie wszystkie kolejki, rynny, wagoniki, młynki, rampy oraz kręciołki...Było czadowo!

 

 

 

10 września...

Silniejsze wiatry tego dnia wiały na południu Jutlandii, więc pojawiliśmy się w Blavand. Wiatr cross offshore, raczej równy, na żagle ok. 5 i coś m2. Z uwagi na kierunek falki były małe. Bardziej freeride niż wave. Na spocie zastaliśmy ok. tuzina głównie  "niemieckich" desek. Razem z Bartkiem dołączyliśmy. Popływaliśmy kilka godzin z małymi przerwami na papu i siusiu. Podsumowując było nawet fajnie, ale po lekcji w Hvide Sande dwa dni wstecz, wręcz trochę jakby nudnawo...

 

 

 

11 września...

Ponieważ prognoza na ten dzień nie zapowiadała mocniejszych wiatrów, nasi Mili Gospodarze zorganizowali nam wspaniałą wycieczkę na najbardziej na północ wysuniętą część Jutlandii - do Skagen, gdzie bardzo słone wody Morza Północnego spotykają się z mniej słonymi wodami cieśnin duńskich i Bałtyku. Geograficznie bardzo ciekawe miejsce ze stojącą na wjeździe monumentalną starą ale jeszcze czynną latarnią morską i wieloma ruinami bunkrów z czasów ostatniej wojny, których tu na wybrzeżach Danii wszędzie pełno. W drodze powrotnej przygotowali nam jeszcze jedną turystyczną rewelację. Rubjerg Knude koło Lokken.

W Danii jest wiele urokliwych nadmorskich miejsc, ale to jest szczególnie malownicze. Wysokie na kilkadziesiąt metrów piaszczyste, poddane erozji klify z ruinami zasypanej latarni morskiej. Kiedyś niewątpliwie runie ona do morza. Jeśli będziecie mieli kiedykolwiek okazję to znajdźcie czas i zobaczcie Rubjerg Knude. Warto!

 

 

 

12 września...

Poranne prognozy potwierdziły, że tego dnia będzie wiać bardzo mocno, Kierunek idealny na Hanstholm. Na miejscu zameldowaliśmy się dość wcześnie. Warunki były dokładnie takie jak obiecało Windguru. Czterometrowe fale i bardzo silny wiatr idealnie wzdłuż brzegu od wiatraków. Do tego pełne słońce. Przeprowadziliśmy wywiad na plaży i postanowiliśmy otaklować żagle - 4,5 Bartek, a ja 4,3. Nim zeszliśmy na wodę jako pierwszy z Duńczyków pojawił się Lars Petersen ze swoim kumplem filmowcem (też świetnym windsurferem). Korzystając z ekstra warunków i światła nagrywali akcje Larsa. Oj, było na co popatrzeć! Lars to kozak! Zaprezentował cały arsenał loopów i wszystkie trzaskał z maksymalnej wysokości. Na brzegu pokazał też swój "tajny patent" ;) na piach w oczach. Odkąd buldożery zniszczyły trawę w Hanstholm po brzegu łazi w zwykłych goglach narciarskich. Po południu zjechali pozostali najlepsi Duńczycy m.in. Mads Bjona, Robert Sand, Kenneth Danielsen. Przyjechali też Dziewięccy w składzie Adam + Adam z kajtem. No...cuda działy się na morzu. Bardzo dobrze, że tego dnia ludzie byli w doskonałej dyspozycji. Dzięki temu z tej sesji udało  się zrobić świetną mega galerię. Bartek też "napatoczył mi się" na kilka fajnych fotek i będzie miał co wspominać zimą przy kominku. A ja? No cóż... też walczyłem! Owszem nie byłem aż tak dobry w te klocki jak Bartek, Lars, Mads i inni goście...ale jak Świderski uzupełni zapasy jadła, a szczególnie picia w lodówce, to tu jeszcze wrócę i na pewno będzie lepiej!

 

 

 

13 września...

To co dobre szybko się kończy. Wiatr ucichł. Dzionek ten był odpoczynkiem przed powrotem. Powłóczyliśmy się trochę po ładnej starówce w Viborgu i ostatni dzień pomieszkaliśmy z Małgosią, Bartkiem i Igorkiem. Nazajutrz żal było wyjeżdżać. 

 

Było wspaniale. Bardzo Wam za to dziękujemy!

 

Darek i Radek

 

Tekst 

Darek Firlej