Plany wypadu do Egiptu pojawiły się w naszych głowach już dobrych
kilka lat temu, pod uwagę brane były: Dahab, Hurghada i El Tur. Po
uważnej analizie: akwenów, statystyk wiatrowych, ofert biur podróży i
rekomendacjach znajomych ostateczny wybór padł na El Tur – średniej
wielkości miejscowość położoną nad Morzem Czerwonym. Po kilkunastu
telefonach udało się skompletować czteroosobową ekipę w składzie:
Darek Firlej, Sylwek Chmielewski z synem Robertem plus Bartek
Świderski (piszący te słowa).
MIEJSCÓWKA
W ostatnich latach El Tur jest mocno wychwalany i reklamowany przez
Brytyjczyków, którzy wykupili jedną z baz windsurfingowych (aktualna
nazwa OceanSource), trudno się jednak dziwić zachwytom Brytoli, gdyż
każdy windsurfer znajdzie w El Tur coś dla siebie. Do wyboru jest
płaska woda do freestyle i freeride, point break z niezłymi rampami i
wave (Habbi Beach) głównie z wiatrem side-on-shore i falami
dochodzącymi do 2-3 metrów. Dodajmy do tego hotel położony w
odległości kilkudziesięciu metrów od wody i 2 bazy windsurfingowe
zlokalizowane bezpośrednio na plaży i otrzymamy miejscówkę, która
zadowoli chyba każdego windsurfera.
Wspomnę, że właściciele OceanSource ostro pracują nad rozbudową
infrastruktury windsurfingowej. W roku 2009 ma być oddany hotel (40
pokoi, restauracja, basen) i kolejna baza na spocie wave.




Na uwagę zasługuje fakt, że nawet w bezwietrzne dni (a jest ich tu
wyjątkowo niewiele) trudno się nudzić w El Tur – gra w siatkówkę,
nurkowanie i wypady do niezmąconego przez turystów miasta na herbatę
lub sheesha, skutecznie wypełniają wolne od pływania godziny.
NASZE PLANY I ICH REALIZACJA
Dobrze się bawić – to podstawowe zadanie do zrealizowania przez
każdego z naszej ekipy, niezależnie od poziomu umiejętności.
Osobiście chciałem poprawić skuteczność Willy-Skipperów, popracować
nad Vulcanami i Loopami (na prawym halsie). Plany wcielałem w życie
dość sprawnie. Już trzeciego dnia udało mi się ustać mojego pierwszego
Vulcana, w ciągu kolejnych dni skuteczność tego tricku rosła z godziny
na godzinę, byłem nim na tyle zafascynowany, że odpuściłem Willy
Skippera, który wciąż w moim wykonaniu wyglądają dość groteskowo (w
wysokim procencie jest to: rotacja deski, długi lot i bomba do wody) .




Pozostaje jeszcze wspomnieć o prawohalsowych loopach. Loopy są dla
mnie gorącym temetem od dobrych kilku lat, jednak dopiero w czerwcu
tego roku udało mi się przezwyciężyć wewnętrzne opory i nacisnąć na
spust. Kilka tygodni później miałem za sobą pierwsze ustane loopy
(lewy hals). Gdy tylko El Tur stworzyło warunki do pracy nad loopami,
zapakowaliśmy sprzęt na pickupa i pojechaliśmy na Habbi Beach. Tego
samego dnia miałem pierwsze próby prawohalsowego loopa za sobą,
niestety po jednym z nieustanych podejść zostałem zepchnięty na rafę,
z którą walczyłem przez dobrych kilkanaście minut. Dzięki Bogu i butom
po kilku nieudanych startach zakończonych uderzeniem fina o raf,ę
udało mi się uciec od totalnej destrukcji sprzętu i ewentualnych
uszkodzeń ciała. Zdeprymowany walką z rafą przerwałem naukę forwardów.
Do loopów wróciłem 2 dni później na break point-cie, niestety, brak
stromych falek i wiatr side-on-shore nie ułatwiły mi zadania.
Pocieszam się jednak, że psychika jest już przygotowana do tego skoku
i teraz nie pozostaje mi nic innego jak szukanie kolejnych falek, no i
silniejsza rotacja żagla ;-)
Darek był mniej pazerny na wiatr, niż ja i nie napalał się na byle
jakie podmuchy. Wielokrotnie powtarzał: „ma zabić” – co w wolnym
tłumaczeniu znaczy – zero pompowania, zero dużych żagli. Darka
podejście zaowocowało piękną opalenizną, niestety zdobytą głównie na
brzegu, ...oczywiście to tylko żart! Chowając do kieszeni moje
złośliwości i cynizm, muszę przyznać, że gdy tylko pojawiał się wiatr
napędzający Darka i jego pędnik, Darek zamieniał się w prawdziwego
demona, którego czcili wszyscy pracujący nad rufą w ślizgu.



Gdy tylko Darek pokazał wszystkim, kto jest ekspertem w dziedzinie
rufy, przechodził do Duck Jibe-ów, których prędkość wyjściowa była
niewiele mniejsza niż ruf.
W drugim tygodniu Darek zaczął zastanawiać się dlaczego jest idolem
tylko windsurferów po czterdziestce. Kolejne pytanie jakie zrodziło
się w jego głowie to: „Co młode futrzaki widzą w New Skool Freestyle?”
Pytania te skłoniły go aby sięgnąć po owoce zarezerwowane niemal
wyłącznie dla tych poniżej dwudziestego roku życia. Wybór padł na
Vulcano (w darkowym slangu – ‘wezuwio”). Po kilku dniach gruntownego
zbierania wskazówek o tym tricku i wewnętrznego nakręcania, nasz
Mistrz rufy podszedł do swojej JP FreestyleWave pozbawił ją jednego
tylnego strapa i założył krótszy fin (niestety długością wciąż
bardziej przypominał kosę niż freestylowy fin). Tego samego dnia
widziałem Darka podczas samobójczych prób wyrwania z wody i obrócenia
deski, niestety fin nie ułatwiał mu zadania. Jak przystało na Mistrza,
Darek nie zniechęcił się do Vulcano i zapowiedział kolejne
„wulkaniczne” sesje na Zalewie Sulejowskim.
Trzecim windsurferem w naszym teamie był Sylwek – MacGayver prądu
stałego i zmiennego, Guru majsterkowania (prawdopodobnie syn Adama
Słodowego). W wolnych chwilach od pływania Sylwek remontował nasz
hotel (bojler, zamek, prysznice itd). Chodzą pogłoski, że właściciel
hotelu Moses Bay chciał go zatrudnić na stanowisku Menadżera
Technicznego. Ale skończmy z plotkami i wróćmy nad wodę, gdzie Sylwek
spędzał większość czasu.


Sylwek jest w tej pięknej fazie nauki windsurfingu, gdzie do pełni
szczęścia potrzebne jest jedynie osiągnięcie ślizgu. Sylwek pracował
nad startami z wody i rufami, które dzięki uporowi Sylwka i wskazówką
Darka z dnia na dzień wyglądały lepiej.
Pisząc o Sylwku, nie sposób nie wspomnieć, że to właśnie On pojawiał
się na spocie jako pierwszy i jako ostatni z niego schodził.
Ostatnim członkiem naszej ekipy był Robert (syn Sylwka). Jest duże
prawdopodobieństwo, iż w dzieciństwie Robert zbyt dużo czasu poświęcił
na puszczanie latawców, co zaowocowało jago pociągiem do kitesurfingu.
Nie jestem fanem kita i nie znam się na nim, ale nawet laik był
zauważył, że Robert w ciągu naszego pobytu zdecydowanie poprawił
wysokość swoich skoków i płynność tricków.


Zauważyłem, też że kite-ciarze mają niezłe wzięcie. Nasz Robert wprost nie mógł się
uwolnić od Rosjanek, które próbowały go zdobyć na każdym kroku. Jednak
Robert przyjął postawę „Wandy co nie chciała Niemca” i z wakacyjnego
romansu nic nie wyszło.
PODSUMOWANIE
El Tur nie rozczarowało nas. Miasto z niepowtarzalną atmosferą,
przyjaźni uśmiechnięci ludzie, różnorodność akwenów i 12 dni z
wiatrem, sprawiły, że nie żałuję ani jednej minuty spędzonej w
Egipcie. Nasze postępy może nie są powalające, nie mniej jednak, każdy
z nas wyjeżdzał z Egiptu z uśmiechem na twarzy i chęcią powrotu.