................................................

  HOME

................................................

  NEWS

................................................

  GALLERIES

................................................

  VIDEOS

................................................

  SPOTS

................................................

  WEATHER

................................................

  LINKS

................................................

  TEAM

................................................

EGIPT 2008

 

Plany wypadu do Egiptu pojawiły się w naszych głowach już dobrych kilka lat temu, pod uwagę brane były: Dahab, Hurghada i El Tur. Po uważnej analizie: akwenów, statystyk wiatrowych, ofert biur podróży i rekomendacjach znajomych ostateczny wybór padł na El Tur – średniej wielkości miejscowość położoną nad Morzem Czerwonym. Po kilkunastu telefonach udało się skompletować czteroosobową ekipę w składzie: Darek Firlej, Sylwek Chmielewski z synem Robertem plus Bartek Świderski (piszący te słowa).


MIEJSCÓWKA

W ostatnich latach El Tur jest mocno wychwalany i reklamowany przez Brytyjczyków, którzy wykupili jedną z baz windsurfingowych (aktualna nazwa OceanSource), trudno się jednak dziwić zachwytom Brytoli, gdyż każdy windsurfer znajdzie w El Tur coś dla siebie. Do wyboru jest płaska woda do freestyle i freeride, point break z niezłymi rampami i wave (Habbi Beach) głównie z wiatrem side-on-shore i falami dochodzącymi do 2-3 metrów. Dodajmy do tego hotel położony w odległości kilkudziesięciu metrów od wody i 2 bazy windsurfingowe zlokalizowane bezpośrednio na plaży i otrzymamy miejscówkę, która zadowoli chyba każdego windsurfera.
Wspomnę, że właściciele OceanSource ostro pracują nad rozbudową infrastruktury windsurfingowej. W roku 2009 ma być oddany hotel (40 pokoi, restauracja, basen) i kolejna baza na spocie wave.

 

 

 

 

 

Na uwagę zasługuje fakt, że nawet w bezwietrzne dni (a jest ich tu wyjątkowo niewiele) trudno się nudzić w El Tur – gra w siatkówkę, nurkowanie i wypady do niezmąconego przez turystów miasta na herbatę lub sheesha, skutecznie wypełniają wolne od pływania godziny.


NASZE PLANY I ICH REALIZACJA

Dobrze się bawić – to podstawowe zadanie do zrealizowania przez każdego z naszej ekipy, niezależnie od poziomu umiejętności.
Osobiście chciałem poprawić skuteczność Willy-Skipperów, popracować nad Vulcanami i Loopami (na prawym halsie). Plany wcielałem w życie dość sprawnie. Już trzeciego dnia udało mi się ustać mojego pierwszego Vulcana, w ciągu kolejnych dni skuteczność tego tricku rosła z godziny na godzinę, byłem nim na tyle zafascynowany, że odpuściłem Willy Skippera, który wciąż w moim wykonaniu wyglądają dość groteskowo (w wysokim procencie jest to: rotacja deski, długi lot i bomba do wody) .

 

 

 

 

 

Pozostaje jeszcze wspomnieć o prawohalsowych loopach. Loopy są dla mnie gorącym temetem od dobrych kilku lat, jednak dopiero w czerwcu tego roku udało mi się przezwyciężyć wewnętrzne opory i nacisnąć na spust. Kilka tygodni później miałem za sobą pierwsze ustane loopy (lewy hals). Gdy tylko El Tur stworzyło warunki do pracy nad loopami, zapakowaliśmy sprzęt na pickupa i pojechaliśmy na Habbi Beach. Tego samego dnia miałem pierwsze próby prawohalsowego loopa za sobą, niestety po jednym z nieustanych podejść zostałem zepchnięty na rafę, z którą walczyłem przez dobrych kilkanaście minut. Dzięki Bogu i butom po kilku nieudanych startach zakończonych uderzeniem fina o raf,ę udało mi się uciec od totalnej destrukcji sprzętu i ewentualnych uszkodzeń ciała. Zdeprymowany walką z rafą przerwałem naukę forwardów.
Do loopów wróciłem 2 dni później na break point-cie, niestety, brak stromych falek i wiatr side-on-shore nie ułatwiły mi zadania. Pocieszam się jednak, że psychika jest już przygotowana do tego skoku i teraz nie pozostaje mi nic innego jak szukanie kolejnych falek, no i silniejsza rotacja żagla ;-)

Darek był mniej pazerny na wiatr, niż ja i nie napalał się na byle jakie podmuchy. Wielokrotnie powtarzał: „ma zabić” – co w wolnym tłumaczeniu znaczy – zero pompowania, zero dużych żagli. Darka podejście zaowocowało piękną opalenizną, niestety zdobytą głównie na brzegu, ...oczywiście to tylko żart! Chowając do kieszeni moje złośliwości i cynizm, muszę przyznać, że gdy tylko pojawiał się wiatr napędzający Darka i jego pędnik, Darek zamieniał się w prawdziwego demona, którego czcili wszyscy pracujący nad rufą w ślizgu.

 

 

 

 

Gdy tylko Darek pokazał wszystkim, kto jest ekspertem w dziedzinie rufy, przechodził do Duck Jibe-ów, których prędkość wyjściowa była niewiele mniejsza niż ruf.
W drugim tygodniu Darek zaczął zastanawiać się dlaczego jest idolem tylko windsurferów po czterdziestce. Kolejne pytanie jakie zrodziło się w jego głowie to: „Co młode futrzaki widzą w New Skool Freestyle?” Pytania te skłoniły go aby sięgnąć po owoce zarezerwowane niemal wyłącznie dla tych poniżej dwudziestego roku życia. Wybór padł na Vulcano (w darkowym slangu – ‘wezuwio”). Po kilku dniach gruntownego zbierania wskazówek o tym tricku i wewnętrznego nakręcania, nasz Mistrz rufy podszedł do swojej JP FreestyleWave pozbawił ją jednego tylnego strapa i założył krótszy fin (niestety długością wciąż bardziej przypominał kosę niż freestylowy fin). Tego samego dnia widziałem Darka podczas samobójczych prób wyrwania z wody i obrócenia deski, niestety fin nie ułatwiał mu zadania. Jak przystało na Mistrza, Darek nie zniechęcił się do Vulcano i zapowiedział kolejne „wulkaniczne” sesje na Zalewie Sulejowskim.

Trzecim windsurferem w naszym teamie był Sylwek – MacGayver prądu stałego i zmiennego, Guru majsterkowania (prawdopodobnie syn Adama Słodowego). W wolnych chwilach od pływania Sylwek remontował nasz hotel (bojler, zamek, prysznice itd). Chodzą pogłoski, że właściciel hotelu Moses Bay chciał go zatrudnić na stanowisku Menadżera Technicznego. Ale skończmy z plotkami i wróćmy nad wodę, gdzie Sylwek spędzał większość czasu.

 

 

 

Sylwek jest w tej pięknej fazie nauki windsurfingu, gdzie do pełni szczęścia potrzebne jest jedynie osiągnięcie ślizgu. Sylwek pracował nad startami z wody i rufami, które dzięki uporowi Sylwka i wskazówką Darka z dnia na dzień wyglądały lepiej.
Pisząc o Sylwku, nie sposób nie wspomnieć, że to właśnie On pojawiał się na spocie jako pierwszy i jako ostatni z niego schodził.

Ostatnim członkiem naszej ekipy był Robert (syn Sylwka). Jest duże prawdopodobieństwo, iż w dzieciństwie Robert zbyt dużo czasu poświęcił na puszczanie latawców, co zaowocowało jago pociągiem do kitesurfingu. Nie jestem fanem kita i nie znam się na nim, ale nawet laik był zauważył, że Robert w ciągu naszego pobytu zdecydowanie poprawił wysokość swoich skoków i płynność tricków.

 

 

 

Zauważyłem, też że kite-ciarze mają niezłe wzięcie. Nasz Robert wprost nie mógł się uwolnić od Rosjanek, które próbowały go zdobyć na każdym kroku. Jednak Robert przyjął postawę „Wandy co nie chciała Niemca” i z wakacyjnego romansu nic nie wyszło.

PODSUMOWANIE

El Tur nie rozczarowało nas. Miasto z niepowtarzalną atmosferą, przyjaźni uśmiechnięci ludzie, różnorodność akwenów i 12 dni z wiatrem, sprawiły, że nie żałuję ani jednej minuty spędzonej w Egipcie. Nasze postępy może nie są powalające, nie mniej jednak, każdy z nas wyjeżdzał z Egiptu z uśmiechem na twarzy i chęcią powrotu.
 

tekst: Bartek Świderski

photo: Darek Firlej i Bartek Świderski

 

Więcej fotek z wyjazdu: wave & point break, freestyle/freeride

Więcej informacji o El Tur w spot guide opracowanym przez Michała Filipa