Miesiące wakacyjne to standardowo okres kiedy mamy czas i ochotę na
pływanie. Niestety niewiele spotów może pochwalić się dobrymi
statystykami wiatrowymi w lipcu i sierpniu. Sprawa jeszcze bardziej
się komplikuje gdy szukamy spotu wave z rampami na lewa nogę.
Po analizie dziesiątków spotów i zasobności naszych kieszeni wybór
padł na legendarne Pozo Izquierdo (tzn. Lewa studnia).
Naszą podroż rozpoczęliśmy z duńskiego Billund. Zanim zdołaliśmy
dotrzeć do celu, lądowaliśmy we Frankfurcie i Madrycie, aby
ostatecznie dotrzeć do Las Palmas. Niestety nie obyło się bez
przykrych niespodzianek na docelowym lotnisku okazało się – że nasz
bagaż zaginął (nie doleciała ani jedna sztuka z siedmiu).
Pozbawieni całego dobytku udaliśmy się do Pozo, gdzie przywitał nas
silny wiatr, kiepskie warunki falowe, zawodnicy PWA i Duńczycy
siedzący na plaży.
Okazało się, że nasz sprzęt „przywłaszczyli” sobie pracownicy lotniska
w Madrycie, ale już nazajutrz odesłali nam wszystko nietknięte pod
same drzwi.
Pechowo przez pierwszy tydzień naszego pobytu rozgrywane były zawody,
najpierw PWA, a następnie mistrzostwa Hiszpanii, co mocno uszczupliło
nasz czas na wodzie (zawody rozgrywane były od 10.00 do ok. 17.00).

Słynne zawody w Pozo nie są tak spektakularne jak mogłoby się wydawać,
oglądanie Backloopa nr 594 może być nudne nawet dla największego fana
windsurfingu. Jedynym zawodnikiem, który pokazał klasę i różnorodność
tricków był Philip Koster, który nie zrażał się ciężkimi warunkami
panującymi na wodzie i pływał wyjątkowo imponująco.
Zakaz pływania w trakcie zawodów sprawiał, że wraz z zakończeniem
ostatniego heat-u na wodzie pojawiały się tabuny wygłodniałych
windsurferów, którzy wypełniali spot do granic możliwości.


Ze względu na tłok musieliśmy zachować szczególną ostrożność zarówno
na wodzie podczas jazdy na fali jak i skoków oraz na plaży
naszpikowanej dziesiątkami pędników poukładanymi „pod wiatr”, które
przy atomowym wietrze Pozo dość często zamieniały się w bezzałogowe
latające obiekty.
Zawody zakończyły się, Pozo znacznie opustoszało, a po wielkich
gwiazdach i ich skokach pozostała jedynie sterta śmieci: niezliczona
ilość butelek, puszek, naklejek z żagli oraz crocs-y duńskiego
zawodnika - Kenetha Danielsena.
W ciągu naszego miesięcznego pobytu wiatr praktycznie nie zawodził,
trafiły nam się
jedynie 3 “bezwietrzne” dni, co w Pozo oznacza jazdę na freestylowych
deskach i żaglach 4.7-5.5. W pozostałe dni ozdabialiśmy nasze deski w
pędniki o rozmiarach 3.3 i 3.7. Teraz już wiemy, że aby dobrze się
tutaj bawić trzeba wziąć ze sobą najmniejsze wavówki i żagle w
przedziale 3.0 - 4.5.
Na brak wiatru nie mogliśmy narzekać, niestety gorzej było z
zafalowaniem akwenu zależnym w ogromnej mierze od pływów, najlepsze
fale pojawiały się, gdy woda podnosiła się z bardzo niskiej do
wysokiej, niestety przy takim stanie wody można było popływać jedynie
ok. 3 godzin w ciągu dnia. Kiedy woda osiągała swój najwyższy poziom
spot stawał się zupełnie płaski, jedyne fale jakie się pojawiały
załamywały się na brzegu w „nieprzyjemny” dla sprzętu i windsurferów
sposób, co uniemożliwiało waveową zabawę na ok. 4 godziny. Było to
dosyć uciążliwe, jednak z perspektywy całego dnia nie był to tak długi
okres czasu, ponieważ dawało się spokojnie pływać od 8.00 rano do
21.00.
Warto wspomnieć, że w Pozo znajduje się międzynarodowe centrum
windsurfingu (CIW), nie oznacza to jednak, że infrastruktura tego
miasta jest wyjątkowo przyjazna windsurferom.
Brakowało bezpiecznego miejsca do taklowania sprzętu, który z braku
lepszych opcji musieliśmy rozkładać na głównym deptaku, niestety
płytki deptaka w godzinach południowych rozgrzewały się do
czerwoności, co z pewnością nie ułatwiało taklowania, brakowało
również przyzwoitego zejścia do wody (istniejące kładki są za wąskie i
zakończone wysokim spadkiem).


Samo miasteczko na szczęście nie było turystycznym molochem. Położone
na
pagórkowatym terenie, z typowa hiszpańska zabudową, posiadało wiele
urokliwych
zakamarków i uliczek, zamieszkanych głównie przez miejscowa ludność.
Baza noclegowa jest dosyć uboga, my mieszkaliśmy w hostelu Cutre ok.
150m od spotu (www.cutre.com), który oferował pokoje ze wspólna
łazienką i kuchnia na korytarzu oraz przechowalnie sprzętu w cenie. W
Pozo znajdują się 4 miejsca, gdzie można było znaleźć coś do
zjedzenia, jednak wciąż najtańszą wersja pozostawało gotowanie we
własnym zakresie (wydaliśmy ok. 200 Euro na głowę przez miesiąc na
samo jedzenie).
Poza tym Pozo jest doskonałym miejscem dla osób, które naprawdę chcą
się skoncentrować na pływaniu, ponieważ nie ma tam żadnych miejsc do
imprezowania, ani pokus innego typu.
Warto również zwrócić uwagę na taksówkarzy, którzy zawsze twierdza, że
należy im się więcej niż pokazuje licznik. Kurs z lotniska do Pozo
kosztuje ok. 20 Euro, “nasz przemiły” taksówkarz uparcie twierdził, że
należy mu się 10 Euro dodatkowo za każda przewieziona paczkę. Cała
sprawa zakończyła się spotkaniem z policją wezwaną przez taryfiarza,
jednak władze stanęły po stronie prawa i profesjonalnie załatwiły
sprawę, odsyłając taksówkarza do domu:)
Nasz miesiąc w Pozo upłynął niepostrzeżenie i z pewnością z uśmiechem
na twarzy będziemy wspominać ten wakacyjny wypad. Pozo bez cienia
wątpliwości jest świetnym miejscem do windsurfingu. Nie jest co prawda
pozbawione wad, jednak godziny spędzone na wodzie z żaglami w
rozmiarach 3.3 i 3.7 sprawiają, że szybko zapominamy o mankamentach
tego miejsca.
Ewa Kurlanc
Michał Dziewięcki D127 (Naish, Nautic)